4/05/2014

Niewidzialni


Autorka: Lisa H. Cazador | Leonetta, oneshot
(Wybaczenie zawsze jest najlepszym wyjściem.) Co gdyby losy Violetty i Leóna skrzyżowały się w zupełnie innym miejscu ich życia? Co gdyby spotkali się trochę później, w trochę innych okolicznościach, w trochę innym świecie?
Zwycięska praca w konkursie "Violetta w Twoich Słowach" (klik)
Kiedy cię zobaczyłem po raz pierwszy... No właśnie - kiedy? Często mam dziwne wrażenie, że znam cię od zawsze. To absurd, zwykła irracjonalna myśl, jakich wiele roi się w moje głowie. Ale... coś w tym jest. Czekałem na ciebie. Kiedy się wreszcie pojawiłaś każda cząstka mojego ciała krzyczała "Nareszcie!".

Usiadł na ławce, tej samej, co zawsze. Nie było w niej nic nadzwyczajnego, ale została ulokowana pod rozłożystym drzewem, dającym przyjemny cień. I choć alejką każdego dnia przechodziły setki przechodniów, to ani jedna osoba nie zwracała uwagi na niego, pochylonego nad szkicownikiem. Nie widzieli go. Nie umieli patrzeć.

Twarze. Zawsze otaczały mnie twarze. Setki twarzy, tysiące twarzy. Pochylały się nade mną, wtedy jeszcze ledwie odrosłym od ziemi, spoglądając z czułością albo smutkiem w oczach. Słyszałem słowa, błahe i poważne, tkliwe przemawiania albo uczone dyrdymały. Ale to nie słowa mnie obchodziły, nie słuchałem ich.

Same twarze mnie w jakiś sposób fascynowały. Wyrażały tak wiele uczuć, często skrajnych.

Próbowałem przenosić moje wrażenia na papier. Początkowo nieudolnie, ale w końcu przecież nauczyłem się odwzorowywać rzeczywistość. Zauważyłem, że kąciki oczu muszą być ciemniejsze od ich wnętrza, że rzęsy wywijają się w określony sposób, że dolna warga jest bardziej wydęta niż górna. Powoli zrozumiałem, na czym to polega.
A rozumiejąc - nie mogłem tego zmarnować.

Kiedy robisz coś od dłuższego czasu, twój umysł przestawia się na tryb automatycznego wyszukiwania pożądanych obiektów. I tak jak policjant idąc ulicą odruchowo wszędzie widzi przestępstwa, tak jak do kompozytora zewsząd dobiegają dźwięki przez innych niesłyszane, tak i on, nawet o tym nie myśląc, rozglądał się uważnie, wyłapując godne uwagi twarze. Niewiele mógł z tym zrobić.

 Lekkim pociągnięciem gumki po brzegu tęczówki pogłębił plamkę światła, odbijającego się od oka. Kobieta, którą przedstawiał rysunek, spoglądała posępnie przed siebie, a jej usta wykrzywiał ledwo dostrzegalny grymas. Nie umiał jednak, mimo najszczerszych starań, oddać tej obojętności w jej rysach. Miał już dość tych ponurych, monotonnych twarzy, które powtarzały się tak często na kartkach jego brulionu. Jak wycięte z szarych stron gazet. Nie wnosiły nic, poza pustką, do jego życia. Tęsknił za czymś nowym. Oryginalnym, a przy tym niekoniecznie - pięknym. W rozumianym przez ludzi znaczeniu, oczywiście. Bo on zazwyczaj widział piękno tam, gdzie wzrok innych napotykał jedynie niezrozumiałą brzydotę lub w najlepszym przypadku - przeciętność.

 Ale ona nie była przeciętna ani brzydka. Szła ulicą w długiej sukience i kolorowym szalu, stawiając każdy krok z lekkim wahaniem, jakby nie była pewna - drogi, celu, siebie?... Postawa i ruchy jednoznacznie wskazywały na nieśmiałość, a może przygnębienie. Zgarbiona, spuściła głowę tak, że długie włosy niemal zupełnie zasłoniły jej twarz.
Kiedy go mijała, wiatr gwałtownym szarpnięciem zdmuchnął garść brunatnych jak jesienne liście kosmyków, odsłaniając jej oczy. Wielkie, ciemne, lśniące łzawo, tak podobne do oczu przestraszonego zwierzęcia, wypełnione niemym wołaniem. Już zawsze miały zostać w jego pamięci, odciśnięte jak piętno na świadomości.

Nazajutrz przechodziła znów, a on nie mógł tego przeoczyć. Odprowadzał ją wzrokiem aż do końca korytarza drzew. A potem na czystej stronie naszkicował zarys jej sylwetki. I dopiero kiedy już chciał odejść, bo przecież siedzenie tu - skoro ona odeszła - nie miało większego sensu, dopiero kiedy już-już wstawał z ławki, jego wzrok zahaczył o drobną plamę bieli, jaśniejącą między zeschłymi liśćmi. Wstał i chwiejnie podszedł, by podnieść upuszczoną w pośpiechu rękawiczkę. I wsunął ją do kieszeni, sam nie wiedząc, dlaczego go tak ucieszyło. Mały pretekst, ale przecież jakiegoś potrzebował. Wziął oparte o ławkę kule i wolno pokuśtykał w stronę wynajmowanego pokoju, w którego klatce czterech ścian musiał toczyć tę część życia, którą się przewrotnie nazywa "domowym". Dom. Też coś.

Okazja... Czasem łatwo ją stracić, pominąć w pośpiechu albo dostrzec i nic z tym nie zrobić. Ale niekiedy... Niekiedy się udaje ją uchwycić.

Trzeciego dnia zawołał za nią, mijającą go cicho jak cień. Spojrzała zaskoczona.
- Coś się stało? - Nigdy nie zwracał uwagi na głosy, ale tym razem wyłapał niezwykle piękną barwę, ciepłą, lekko chropowatą, głęboką.
Bez słowa wyciągnął w jej stronę rękę z rękawiczką. Biorąc ją musnęła leciutko jego dłoń ciepłymi palcami i szybko cofnęła rękę. A potem niespodziewanie uśmiechnęła się lekko, niemal niedostrzegalnie. Co za niewiarygodna zmiana.
- Jak niewiele potrzeba, by wyglądać tak inaczej - powiedział na głos, nim zdążył pomyśleć. Uniosła lekko głowę.
- Co masz na myśli? - spytała ostrożnie, zaplatając ramiona na piersi zupełnie odruchowym, naturalnym obronnym gestem.
- Tylko tyle, że powinnaś się więcej uśmiechać. - Przyjęła odpowiedź skinieniem głowy, a potem przez chwilę zawahała się, jakby nad czymś myśląc, wreszcie odeszła, brodząc po kostki w opadłych liściach.


Czwarty dzień był wyraźnie bardziej pogodny. Światło, zabarwione na złoto, kładło się na ziemi jasną plamą pociętą cieniami gałęzi. W powietrzu tańczyły srebrzyste niteczki babiego lata, wplątując się we włosy szczupłej brunetki i zaczepiając o chustę zamotaną na jej ramionach.
Mijając ławkę spojrzała na niego przelotnie i znów delikatny uśmiech zaigrał na jej ustach.
- Miło, że słuchasz moich rad - rzucił mimochodem. Zerknęła przez ramię jeszcze raz, udając, że dopiero teraz zauważyła chłopaka.
- O, znowu ty.
- Przesiaduję tu od tak dawna, że faktycznie zasługuję już na imię "znowu ty". Ale zdecydowanie wolę, kiedy się mnie nazywa León.
Znów się śmiała.
- Miło mi w takim razie - odpowiedziała jednak z powagą. - Czyli nie robisz nic innego, Leónie, tylko tutaj siedzisz?
- Mniej więcej. - Odruchowo zacisnął palce na ołówku. - Przepraszam, mógłbym spytać cię o imię?
Zawahała się. - Cecilia.
- Cecilia? - powtórzył.
- Nie. Nie Cecilia. Violetta. - Spuściła wzrok, jakby speszona.
- A więc Violetta? - Obserwował ją z zaskoczeniem. Wyraźnie się zarumieniła. A potem nagle usiadła obok.
- Tak, ale nie lubię tego imienia - mruknęła ze spojrzeniem utkwionym we własnych, splecionych dłoniach.
- Dlaczego? Jest piękne.
- Ja... nieważne. Nie powinnam tego mówić.
 - No dobrze, Violetto, chciałem tylko powiedzieć, że nic innego, poza siedzeniem, nie zostało mi do roboty. Pospacerowałbym, ale... sama widzisz. - Wskazał swoje kule, uśmiechając się gorzko. - Więc siedzę. No i...
- ... rysujesz - dokończyła. - Mogę zobaczyć? - Wskazała jego szkicownik. Jej ciemne oczy rozbłysły nagłym ożywieniem, jakby ktoś zapalił w nich ogień. Wzruszył ramionami, podając jej notes.
- Piękne - szepnęła, przewracając kolejne kartki. - A czy...
- Słuchaj, mogę cię o coś prosić? - przerwał jej nagle. - Weź zepnij włosy.
- Co takiego? - Zastygła w bezruchu, ściskając w rękach jego szkicownik. Jakby całe powietrze z niej uszło. - Muszę już iść, przepraszam cię. - Zerwała się z miejsca, a potem szybkim krokiem oddaliła się. Został sam - niby żadna nowość. Sam, zdziwiony i zmieszany, z tysiącem sprzecznych myśli.



- Mam taką dosyć nietypową prośbę.
Postukiwał palcami o brzeg ławki, spoglądając pytająco na siedzącą obok dziewczynę.
Wrzesień dobiegał końca. Wiatr wyprawiał swoje harce w koronach drzew, strząsając na ich głowy szkarłatne liście. Codziennie przychodził tutaj pełen oczekiwań. Codziennie odbywała tutaj swój długi spacer panna Violetta Cecilia Castillo, z niewiadomych przyczyn woląca posługiwać się drugim imieniem. Codziennie przysiadała obok i zamieniali kilka, kilkanaście słów. Rozmawiali o muzyce, książkach, o swoich studiach. Zawsze uśmiechała się na jego widok, coraz szczerzej, coraz promienniej i wyraźnie rozkwitała.
Zawsze nosiła rozpuszczone włosy, które w długich, ciemnych puklach okalały jej twarz. I zawsze w jej oczach był ten sam, pytający, dziwnie smutny wyraz wołania.

Zawsze wyglądałaś, jakbyś chciała coś powiedzieć, ale osobliwe poczucie dumy ci nie pozwalało. A ja czekałem...

- Chciałbym cię narysować - rzucił on wreszcie. Dłużej czekać nie mógł.
- Ale po co? - zapytała, spoglądając dziwnie poważnie. I naprawdę miała minę, jakby zależało od tego wiele, może życie? Przecież odpowiedź na to pytanie była oczywista.
- Bo odkąd zobaczyłem twoją twarz, wiedziałem, że nie da mi ona spokoju. - Nie kłamał. I ona chyba to rozumiała, przechyliła głowę, czerwieniąc się lekko. A kiedy on wyciągnął ołówek i szkicownik, wyprostowała się, czekając. Ale nie, jeszcze nie teraz.
- Zepnij włosy - poprosił jeszcze raz, nie wiedząc czy doczeka się jakiejkolwiek reakcji.
Milczenie.
Sięgnęła powoli do szyi i zanurzyła obie dłonie w gęstwinie loków, odrzucając je na plecy. I spojrzała na niego jeszcze smutniejszym wzrokiem niż zwykle.

Pod kością policzkową, od ucha aż do połowy bladego policzka ciągnęła się blizna jak po cięciu, podłużna, jasna, z nierównymi brzegami. Ale wbrew pozorom wcale nie rzucała się aż tak w oczy. Ot, niewyraźna szrama. Ale razem z bólem w oczach dziewczyny tworzyła jakieś straszne połączenie.

- Nie siedź nieruchomo, powiedz coś. Nie musisz zamieniać się w posąg. - Delikatnie naszkicował zarys jej twarzy. - Masz jakieś marzenia?
- Kto ich nie ma? - westchnęła cicho. A potem coś w niej chyba pękło, bo z nagłą determinacją spojrzała mu prosto w oczy.

- Słyszałeś kiedykolwiek o Marii Saramego? - Przygryzła lekko dolną wargę i patrzyła wyczekująco.
- Pewnie, że tak. Swojego czasu ciągle puszczano ją w radiu. - Jeśliby mu się udało oddać ten błysk w jej oku, to byłby cud. - Jak to szło? Un milagro, un amor...
- Tak. To moja matka - rzuciła szybko. Uniósł głowę, zaskoczony.
- Nie nazywasz się Castillo?
Skrzywiła nieznacznie usta. - Uznała, że skoro jest rozpoznawalna pod tamtym nazwiskiem, to po ślubie go nie zmieni. Szkoda, bo przez to była zawsze jakby... bardziej obca.
- Była?
- Odeszła. - Uciekła wzrokiem gdzieś w bok. Wolną ręką dotknął nieśmiało jej dłoni.
- Przepraszam cię. Nie powinienem pytać. - Potrząsnęła tylko lekko głową.
- Nie, ona nie umarła - rzuciła twardo. - Żyje. Tylko pojechała sobie... Do samej Hiszpanii. Niepotrzebna jej rodzina... Wielka gwiazda! - Słowa były pełne goryczy, tak zimne, zimne jak jej spojrzenie w tej chwili.
- Nie mów tak, na pewno za tobą tęskni. - Przejechał ołówkiem po konturze brwi, łagodząc ich linię.
- Tęskni... To czemu nie pisze? Nie dzwoni? Gdyby nie telewizja, to nawet nie wiedziałabym co się z nią dzieje! - Przełknęła ślinę razem ze złymi wspomnieniami. - To przez nią ja... - Dotknęła policzka.
- Co w takim razie...
- Kiedy miałam dziesięć lat, miałyśmy wypadek samochodowy. Była gdzieś spóźniona, jak zwykle, gnałyśmy na złamanie karku... - Wzruszyła nieznacznie ramionami. - Jej nic się nie stało, ja byłam w śpiączce przez dobre dwa tygodnie i zostało mi to po rozbitym szkle szyby... Tata się wściekł. Powiedział jej, że jest skrajnie nieodpowiedzialna, że skrzywdziła jego dziecko i on teraz boi się oddać mnie w jej ręce... Kłócili się strasznie, ja płakałam... A potem on rzucił w złości, żeby się wynosiła. I zrobiła to. Wsiadła w pierwszy lepszy samolot i poleciała do Hiszpanii. Zawsze była impulsywna... A najdziwniejsze, że oni wciąż są małżeństwem. W "separacji"... Od jedenastu lat.
Zamilkła. Oczy jej się szkliły, zamrugała kilka razy. A on kompletnie nie wiedział, co powiedzieć.

- Przez nią byłam nikim - ciągnęła drżącym głosem. - Zawsze w jej cieniu... Zawsze mała. Niewidzialna.
- Nie powinnaś tak myśleć. Nie jest się niewidzialnym, dopóki choć jedna osoba nas widzi. Wiem z własnego życia...
- Ty mnie widzisz... A ja widzę ciebie. Tylko, że wciąż... - urwała. - Kiedyś marzyłam o śpiewaniu. Ale potem... Znienawidziłam to. Już nie mogę... Nie umiem. Nie daję sobie z tym wszystkim rady.
- Nie płacz.
- Nie płaczę. Nigdy. Jestem dzielna. - Ignorując te jej słowa odłożył notes na bok i przysunął się bliżej niej.
- Violetto...
Cisza.
Czas się zatrzymał.
- Jesteśmy niewidzialni. Oboje. - Szept przepływa bez echa, w utkwionych w sobie oczach płonie żywy ogień. On unosi dłoń i delikatnie przesuwa palcem po szorstkiej bliźnie. Chciałby tak samo móc dotknąć jej serca, ale nawet gdyby rzeczywiście mógł, nie zrobiłby tego. Wie, że tamta rana jeszcze się nie zabliźniła.
Odgarnia tylko z czułością splątane włosy z jej twarzy. A ona tylko patrzy, patrzy w skupieniu, prawie nie mrugając, spokojnie, poważnie. I tylko jej serce bije szybko, bezładnie, jak u przestraszonego ptaka.
Ich czoła niemal się stykają, a usta są blisko, tak blisko...
Duże, ciężkie krople deszczu spadają szybko i cicho. Spływają po ich włosach, wsiąkają w ubrania.
A jednak skłamała. Może to tylko deszcz ścieka strumyczkami z jej twarzy, ale przecież ta wilgoć ma wyraźnie słony smak. Smak łez.
 - Rysunek! - nagle przypomina sobie ona i czar pryska. Kartka jest zupełnie przemoczona, rysy twarzy spływają z niej jak tusz z rzęs.
 - Nic się nie stało, jutro spróbujemy jeszcze raz. - Schował szkicownik do kieszeni i oboje wstali. Rozstając się w strugach coraz ulewniejszego deszczu nie powiedzieli już ani słowa.

Co za dziwny, dziwny traf, że akurat tamtego dnia opowiedziałaś mi historię swojej matki. To się nazywa zbieg okoliczności. Albo - przeznaczenie. Fatum. Losy, które ktoś gdzieś na górze zapisał dawno i teraz muszą się tylko dopełnić.
A ja naprawdę wierzyłem wtedy w to jutro.
Jutro zawsze jest piękne.

Nazajutrz padało, następnego dnia też. I kolejnego. I jeszcze kolejnego. W sumie to padało przez cały tydzień, tydzień spędzony z policzkiem przyklejonym do zimnej szyby i gapieniem się na szarugę za oknem. Tydzień stracony.
No, nie do końca.
I nie dla wszystkich.

W poniedziałek słońce łaskawie wyjrzało zza chmur a w nim promyczek nadziei rozpalił nowy żar.
Świeżo wymyte niebo zabarwiło liczne kałuże swoim olśniewającym błękitem, a liście, wymięte i zszargane, zaścielały trawę. A on siedział na ławce, postukując palcami w brzeg oparcia, jak zwykle.

A oczy Violetty były pełne światła i żalu, promienne i zagaszone, radosne i smutne jednocześnie, słowem - wypełnione skrajnościami jak nigdy.
 - Wróciła.
 Zamiast usiąść, chodziła w kółko. Jak oszalała z niepokoju jaskółka, krążąca nad ziemią.
- Przyjechała, powiedziała, że nie może wytrzymać bez taty, beze mnie, że nas kocha... - Przystanęła i spojrzała na niego błagalnie. - Myślisz, że powinnam jej wybaczyć?
- Zawsze najlepszym wyjściem jest wybaczenie. Inaczej nie odzyskasz spokoju - stwierdził trzeźwo, pociągając ją za rękę. Usiadła wreszcie, ale wciąż się trzęsła.
- Powiedziała... powiedziała, że dwa tygodnie temu umarła babcia... Jej matka, Angelica. I zostawiła wielki dom na skraju oceanu. I prosiła... Kiedy umierała, błagała mamę, by go nie sprzedawać... A mama przyrzekła.

- Więc co to dla ciebie oznacza? - Zacisnął dłonie tak mocno, że kostki mu pobielały.
- Mniej więcej tyle, że wyjeżdżam. Zamieszkamy tam we trójkę: mama, tata i ja. Jak za dawnych, dobrych czasów.

  ***

Lotnisko jest pełne ludzi, nie tak łatwo przecisnąć się między nimi z kulami, ale brnie dalej, wytrwale, aż dostrzega jasną sukienkę i burzę ciemnych loków. Ona się odwraca i posyła mu niepewny uśmiech.
- Mam... mam coś dla ciebie. - Przystaje na moment i sięga po kartkę, kilkakrotnie złożoną. Wsuwa ją w drobną dłoń w białej rękawiczce i uśmiecha się krzepiąco.
- Zaraz odlatujemy.
- Wiem. Chciałem ci życzyć... przede wszystkim szczęścia. Znajdziesz je. Jestem pewien. - Ona spogląda przez krótką chwilę pytająco, jakby czekając jeszcze na inne słowa. Ale te nie padają.
- Do widzenia - szepcze cicho, nim się odwraca. Znów kłamie. Przecież wie, że nigdy się nie zobaczą.
 "Koniec. Odeszła. Cóż, nie będę tu dłużej sterczeć. Ani się łudzić.
Przecież gdyby... gdyby mnie kochała, byłaby smutniejsza, sam nie wiem."


Wsiada do samolotu i odnajduje swoje miejsce w rzędzie ludzi.
- Proszę zapiąć pasy - słyszy za uchem głos stewardessy, kiwa głową. Z pstryknięciem zatrzaskuje klamrę, a potem szybkim ruchem strzepuje nieposłuszną łzę z policzka.
"Koniec. Jestem dzielna, prawda? Muszę w końcu przestać. Przestać wmawiać sobie, że jest inaczej niż...
Gdyby mnie kochał, nie przyjąłby tego tak łatwo."
  
 Samolot startuje. A na zatłoczonym lotnisku, pod stopami ludzi, zostaje mała, podeptana karteczka z portretem wielkookiej dziewczyny.

Teraz wciąż większość czasu spędzam na samotnej ławeczce pod wielkim platanem. Nie rysuję twarzy, już nie. Przecież tylko jedna twarz na całym świecie zasługuje jeszcze na uwiecznienie...
Mnę w dłoni skrawek papieru i chowam go do kieszeni.
Po prostu siedzę.
Nie myślę, nie wspominam, siedzę.

I tylko czasem, kiedy wschodni wiatr przynosi niepokój, we mnie budzą się uśpione myśli. Między sny, gorzkie i jałowe, wkrada się cień bólu jak spadająca z sykiem, dogasająca gwiazda. A na zadymionym szarością niebie przez moment - mgnienie oka - rozbłyskuje drżący kolorami rąbek utraconej tęczy. I znika równie szybko.


I tylko czasami, czasami się zastanawiam, co by było, gdybym wtedy nie pozwolił ci odejść.


4 komentarze:

  1. Mam pytanie. Czy osoba która napisała tego oneshota prowadzi własny bloga? Jeśli tak to ktoś mógłby podać mi linka? Będę ogromnie wdzięczna z a odpowiedź. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O ile pamietam to bylo kochac-bardziej.blogspot.com ;)

      Usuń
  2. To się nazywa pięknie opowiadanie. Cudooo;)

    OdpowiedzUsuń